IX. Eucharystia

ewcharystia01

Życie w łagrze było Golgotą dla wielu ludzi. „Żadne niebezpieczeństwo, żadne ryzyko, żaden bunt nie był w stanie przeszkodzić mi w codziennym sprawowaniu Eucharystii dla nich”. Oto świadectwo, które wyjaśnia, na ile było ważne odprawianie Mszy Świętej dla księży: „Myślę, że ten, kto nie doświadczył niemożliwości wzięcia udziału w Eucharystii, albo brał w niej udział, nie może ocenić, jakim wielkim skarbem jest Eucharystia . Dla mnie i dla wielu księży, którzy w Związku Radzieckim ryzykowali życiem, aby tylko ją odprawić , Eucharystia ma wielką wartość. W więzieniu, kiedy głodowaliśmy, bo jedzenia było tylko tyle, aby nie umrzeć, widziałem jak księża, dotrzymując postu eucharystycznego, nie jedli śniadania i pracowali z pustym żołądkiem aż do południa, kiedy była najlepsza okazja do tajnego odprawienia Mszy Św. Sam często tak robiłem. Kiedy nie było możliwości odprawienia w obozie, dlatego, że ich śledzono, niezjedzony podczas śniadania kawałek chleba zostawiali w kieszeni aż do wieczora, aby tylko nie przerwać postu i móc sprawować Eucharystię. Latem, kiedy dzień był dłuższy, a noc krótsza, widziałem jak księża i wierzący wstawali przed pobudką, aby w baraku odprawić Msze Świętą, w tym czasie, kiedy inni spokojnie spali. Dyrekcja dowiedziawszy się o tym surowo nas karała, ale mimo wszystko Eucharystia była dla nas skarbem, dla jakiego warto było złożyć każdą ofiarę”.

Maria Załudzka, krewna o. Jana Łukasza, wspomina jak zaaresztowano i osądzono jej wujka. W 1931 roku zabrało go NKWD i wtrąciło do więzienia w Chmielnickim. Ojca zamknęli w maleńkiej celi, na ścianach której było widać jeszcze krew zabitych więźniów. Leżał na części deski, na jakiej nakazywano mu spać od 24.00 (jeśli miał taką możliwość) do 4 rana. Potem niespodziewanie ta deska zrzucała go na podłogę. Żył tylko o chlebie i wodzie. W takich warunkach trzymano go miesiąc. Niekiedy nakrywano przed nim stół różnorodnym Jedzeniem, aby zmusić go do zaparcia się wiary, ale ojciec Łukasz nie poddawał się. Przebywając w obozie w Kanale Białomorskim napisał swojej krewnej Natalii Enkot, że tam pracuje rozbijając młotem kamienie, ale nie narzekał, ponieważ w przerwach między pracą mógł potajemnie odprawiać Eucharystię. Natalia powiedziała, że może poprosić razem z parafianami, aby dano mu lżejszą pracę, ale on jej nie pozwolił: „Jeśli będę pracował w biurze nie będę mógł odprawiać Mszy św”. A oto świadectwo innego księdza: „Podczas czterdziestu lat podziemia nie opuściłem ani jednego dnia żeby nie odprawić Eucharystii. Nigdy, nawet w obozie. Nawet jeśli budynek, w jakim odprawiałem, był otoczony przez KGB, nigdy nie przerwałem Eucharystii, kończyłem i potem uciekałem przez okno”. Odważni duchowni pozwalali wtrącić siebie do więzienia, by móc wiernym odprawiać Eucharystię.

ewcharystia02

Ojciec Fedorowicz wspomina: „ Powiedziałem kobietom, że dzisiaj już odprawiałem Mszę i że jutro będę znowu odprawiał. Następnego dnia przyszły i były pierwszymi uczestnikami Mszy w lesie. Po odprawieniu pierwszych dwóch Mszy zaprosiłem jeszcze panią Dobrzecką i inne, które dobrze znałem. Wieczorem tego samego dnia, kobiety zebrały sie razem i modliły się głośno. Nie pamiętam czy to był różaniec czy litania. Za kilka dni im tego zabroniono. Modlić się pozwalano indywidualnie, ale nie zbiorowo. W sąsiednim baraku razem z żoną i dwoma synami mieszkał pan Moroz, wojskowy z ministerstwa z Warszawy, człowiek bardzo szczery i religijny. Dał mi swój benedyktyński Mszał i w taki sposób miałem już swój Mszał. Jego dziewięcioletnia córka podarowała mi kubek z talerzykiem. Kubek zabrałem sobie a talerzyk posłużył mi za patenę. Pan Moroz znalazł niemałą drewnianą deskę, dosyć szeroką i przybił ją do pieńka jaki znalazłem i wyszedł maleńki ołtarz , który chowaliśmy w rowie. Uczestnicy Eucharystii siedzieli na „ławkach” to znaczy na przewróconych sosnach. Pięciu chłopców około dwunastoletnich obserwowało baraki i naszą kaplicę. Jeśli widzieli kogoś podejrzanego to krzyczeli: „Oj, jaki wielki czarny grzyb”. Tym samym dając nam znać, że mamy się ukryć. A że w tym miejscu było dużo grzybów chłopcy, nosili z sobą koszyki udając, że zbierają grzyby i rosyjską książkę botaniczną, że niby się uczą. Takim sposobem odprawiałem Eucharystię. Z panem Morozem, ministrantem, klęczeliśmy całą Mszę. Kazanie mówiłem również klęcząc na kolanach, a wszyscy siedzieli. Było bardzo dużo komarów, dlatego podczas Mszy pan Moroz odganiał je gałęzią”.

W 1950 roku po czasie przebywania w obozie o. Józef Kuczyński, który przebywał na zesłaniu w pobliżu Workuty, pisze tak: „To było najlepsze pole dla duszpasterskiej pracy: 40 kopalni na 30 kilometrowej przestrzeni. Na zewnątrz nie znalazłem pracy i powróciłem do kopalni.

Starałem się, aby niedziela była u mnie dniem wolnym od pracy. Odprawiałem Mszę św. w prywatnych budynkach. Tam, podczas bardzo surowych zim, księża doświadczali wielkiej radości, dając duchowny pokarm biednym robotnikom: odprawiali Msze Świętą, spowiadali, udzielali Komunii Świętej w kopalni węgla kamiennego na głębokości 900 metrów lub w domach tych, którzy byli na zesłaniu”.

Odprawianie Mszy Świętej w barakach było bardzo trudne i niebezpieczne, dlatego duchowni musieli być cały czas bardzo uważni, chowali się w ciemnych zakamarkach, a ludzie czuwali na korytarzach żeby przestrzec ich przed grożącym w razie czego niebezpieczeństwem.

Wyuczyli się modlitw mszalnych na pamięć na wypadek konfiskaty Mszału. Odprawiali Msze, dopóki był chleb i wino. Każdego wieczora, kiedy inni grali w karty albo rozmawiali, oni powtarzali modlitwy, aby wyuczyć na pamięć. Podczas odprawiania Liturgii wspominali tysiące osób, które tworzyły „milczący Kościół”, dla których potajemnie służyli jako księża. Odprawiali stając na łóżkach, jeden naprzeciw drugiego, udając, że coś czytają albo rozmawiają półgłosem. W baraku nie można było trzymać pozłacanego kielicha, dlatego na jego miejsce wykorzystywano szklankę, a za hostie był kawałek chleba. Eucharystia była dla nich niezbędnym pokarmem duszy, jak dla ciała jest chleb.

Więzienie na Łubiance: „Dla nas Chleb Życia był jednością z Bogiem i z tymi, którym marzyliśmy go zanieść. Uświadamiałem to sobie w ciągu długich pięciu lat na Łubiance: będąc pozbawionym tego duchowego pokarmu i tej jedności, zwracałem się do Boga w modlitwie a w ciągu dnia kilka razy przyjmowałem Komunie Świętą duchowo. Każdego dnia recytowałem z pamięci modlitwy z Eucharystii. Niekiedy zdawało mi się, że one jeszcze bardziej podkreślają niemożność przyjęcia Eucharystii. W te dni cierpienia, ciemności i poniżenia szczególnie pragnąłem tego źródła siły, które było w mocy dać mi Chleb życia – i nie mogłem jego mieć.

Prosiłem Boga, rozmawiałem z Nim, prosiłem pomocy i siły i wiedziałem, że On był ze mną. Miałem to wszystko, ale nie mogłem mieć Jego obecnego w Komunii świętej. I ta niemożność

była dla mnie rzeczą najcięższą: to był taki głód duszy, jak głód ciała, jaki ciągle odczuwałem przez wiele lat.”.

„Chleb zawsze mieliśmy suchy. Nie było go wiele, ale to był chleb do Komunii. Kiedy otrzymywaliśmy przesyłkę, stróż otwierał i pytał, co to jest? A ja zawsze odpowiadałem, że to ciastka. Żeby nie mieć problemów dawałem im trochę. A wino? Nie pozwalali nam go otrzymywać dlatego, że w obozie używanie alkoholu było zabronione. Wino robiliśmy z rodzynek ( nasi kościelni przełożeni pozwalali nam go używać do Eucharystii). To było wino do doprawiania Eucharystii z pamięci”.

W Kamieńcu Podolskim w latach 60-tych pracował o. Jan Olszański MIC, który zatrzymywał się w domu pani Kulczyckiej. Aby powiadomić o tym wiernych, kobieta chodziła od domu do domu i powtarzała: „Przyjdźcie do nas, bo jesteście nam potrzebni”. Wszyscy od razu rozumieli o co chodzi i szli do niej do domu, gdzie ksiądz na niskim krześle, aby być niewidocznym, z pobożnością spowiadał a potem odprawiał Eucharystię i chrzcił dzieci.

Ojciec Chomicki odwiedzając chorych prosił ich, aby swoje cierpienia ofiarowali za Kościół i za prześladowanych. Ojciec Marcjan Darzycki również uważał za jedno ze swoich głównych zadań odwiedziny chorych. Wspomina, jak w 1959 roku żeby dojechać do wioski w jakiej go czekano, musiał przejść 30 kilometrów pieszo. To był dzień jarmarku, kiedy to taksówkarze byli tak bardzo zajęci, że stały do nich kolejki. Dopiero gdzieś o czwartej rano taksi mogło zawieźć ojca do wioski, gdzie czekało na niego ponad osiemdziesiąt osób skupionych na modlitwie. Ojciec kontynuuje: „Wyobraźcie sobie, jaki byłem zmęczony. Po bezsennej i zimniej nocy zacząłem spowiadać! Zacząłem, ale nie mogłem długo siedzieć, dlatego też wstawałem, klękałem i siadałem. Wyspowiadałem ponad dwadzieścia osób. Zgodnie z tradycją po spowiedzi udzieliłem Komunii Świętej dwudziestu osobom i oni poszli do domu bo byli zmęczeni i czekała na nich już praca. Zmęczenie nie opuszczało mnie nawet na chwilę dlatego zwróciłem się do obecnych takimi słowami: „Położę się na godzinkę”. Wszyscy się zgodzili. Położyłem się, ale od razu wstałem. Sumienie nie pozwalało mi odpoczywać dlatego, że na mnie czekali ludzie. Spowiadałem do dziewiątej rano następnego dnia”.

Ojciec Bukowiński opowiadał, że w czerwcu 1975 roku jeździł po wioskach wokół Alma- Aty. Po krótkiej przemowie księdza pan Lewiński powiedział w obecności wielu osób: „Wydaje mi sie, że to była najbardziej wzruszająca przemowa jaką słyszałem w swoim życiu”. (…) Zawieźli nas w góry i tam zostawili. Nikt o nas nie pamiętał. Nareszcie przybył do nas duchowny ojciec. My sieroty! Takie sieroty…” Płakał głowa wioski i mieszkańcy z nim a z nimi razem i duchowny. To były łzy radości. Ze wzruszeniem przypomina sobie jeszcze jeden przykład wdzięczności Bożej Opatrzności: „W czerwcu 1969 roku udało mi się dotrzeć z jednej wioski do drugiej oddalonych od siebie o ok. 30 km. jadąc na wozie, który ciagnęła para źrebaków. Byłem ubrany w sutannę a pokaźnych rozmiarów bagaż (waliza) był schowany pod słomą, aby nie przyciągać uwagi. Kiedy tak jechaliśmy przez pola, słoma cały czas opadała z bagażu i cały czas trzeba było ją na nowo poprawiać. Był to bardzo pogodny dzień bez chmurki na niebie. Z prawej strony rozpościerała się bardzo urodzajna ziemia a z lewej pasmo gór z pokrytymi śniegiem szczytami. W tym momencie poczułem, że jestem bardzo szczęśliwy i dziękowałem Bożej Opatrzności, że przyprowadziła mnie do tych biednych i samotnych, ale jakże wierzących i zakochanych w Chrystusie ludzi. To szczęście odczułem na wozie i nie zamieni go największa sława. Nie raz wspominałem te chwile. Nie wiem w jaki sposób Boża Opatrzność będzie opiekowała się Kościołem w tym kraju. Wiem jedno, że słodko i miło nieść Krzyż Chrystusa i ciężar jego lekki (18 czerwca 1970 r.).

 

[i]W. CISZEK SJ – D. L. FLAHERTY SJ, On mnie prowadzi, Kraków 2001, c. 145.

[ii]List ks. Stanislawa Kumiegi i Marii Zaluskiej. Zinkiw, 08.03.2002.

[iii] G. MATTEI, «Venti anni di gulag e di esilio non hanno cancellato la gioia», в “L’Osservatore Romano”, Supplemento al numero 140 (2001) 28.

[iv]T. FEDOROWICZ, Drogi opatrzności, Duchowienstwo polskie w wiezieniach, łagrach i na zesłaniu w ZSRR. Pamietniki i dokumenty, Red. R. Dzwonkowski SAC, Wyd. III, vol. I, Lublin 1998, сс. 27-28, 36-37.

[v]Kresowi Księża harcerze od Kamieńca Podolskiego do Nowogródka. Kościół rzymskokatolicki na kresowych ziemiach polskich, Red. H. Dąbkowski, Warszawa 1929, с. 54.

[vi] Там само, с. 136.

[vii]Інт. зо. МихайломГоловацьким, Звичайніпряники?, 334 в Archivio dell’Istituto della Storia della Chiesa presso l’Accademia Teologica a Lviv, f. 1, vol. 1, с. 30.

[viii]L. KARŁOWICZ, Ciernista droga…, сс.96-97.

[ix] W. BUKOWINSKI, Do moich przyjaciół…, cc. 122-124.